Prokrastynacja, czyli dlaczego prawnicy mają (i odkładają na później) ostatnie terminy.

7 — 9 minut

To jest tak proste, że aż trudne.

PROkrastynacja to bardzo modne słówko. Nie tylko u PRAwników czy innych PROfesjonalistów.

Sam poznałem je stosunkowo niedawno i ten moment poznawczy wywołał u mnie ogromny uśmiech. W drodze do pracy słuchałem Przeciętnego Człowieka w Świecie Nieprzeciętnych Idei i tu takie oświecenie we mnie nastąpiło.

Acha! To więc nic nienormalnego, że mamy TENDENCJĘ (to słowo jest tu użyte przeze mnie nie bez przyczyny) do owlekania spraw (z reguły ważnych spraw) na później. Przy czym, to później, to często już „bardzo” później. Noc praktycznie. Do tego wynajdujemy przy tym setki innych spraw i zadań, które „musimy” koniecznie wykonać, żeby tylko nie zajmować się tym co naprawdę jest ważne.

I to właśnie jest ta cała PROkrastynacja, czyli ładnie nazwane odkładanie spraw na ostatnią chwilę, albo nawet na wieczne nigdy, ad Kalendas Graecas.

Tendencję, tendencję.

No właśnie to określenie pasuje tu kapitalnie. To nie jest tak, że Ty czy ja jesteśmy osobami, które odkładają na później. Nie, nie, nie. To jest stan z danej chwili, który możemy zmienić w tej samej chwili. Diagnozujemy i leczymy. Małymi krokami, ale od razu. Albo dużymi krokami – jak wolisz.

Nie jest więc niespodzianką, że także prawnicy mają tę tendencję do odkładania (odkładania na później, a nie np. akt na miejsce:). Taka to ogólnoludzka tendencja. Podejrzewam, że drzemie w nas ludziach na poziomie biologicznym. I to jest bardzo słuszna koncepcja – przyczyna tego, że ta tendencja występuje nie leży więc po Twojej stronie, a właśnie po stronie rzeczonej biologii. To, że ta tendencja kwitnie w Tobie w najlepsze jest już „troszeczkę” bardziej po Twojej stronie. Najlepsze jest jednak to, że po Twojej stronie są możliwości i narzędzia do tego żeby tę tendencję zmienić. Może nawet ją wyeliminować.

Świadomość tego, że w ogóle jest coś takiego jak prokrastynacja i że to nie tylko Twój problem, zmienia zasady gry. Odsuwa się wówczas na bok myślenie, które czasem jest nam wpajane, że uogólniając prawnicy robią ostatnie terminy na ostatnią chwilę. Niektórzy robią, a niektórzy nie robią (już). I to można skutecznie wypracować, jak większość rzeczy w życiu. Możesz znaleźć tysiąc life hacków, które sprawią, że wyeliminujesz odkładanie na później, ale żaden z nich nie zadziała jeśli nie wdrożysz go w życie. I to od razu, bez czekania na jakiś idealny moment, magiczny termin.

Dla prawników szczególnie ważne są terminy. Zgadza się?

Plan bez terminu jest jedynie marzeniem.

To zdanie pewnie najbardziej pasuje w kontekście planów czy zadań życiowych. Ale także przy PROzaicznych zadaniach zawodowych też potrafi odegrać swoją istotną rolę.

Pomyśl tylko.

Działasz PROaktywnie, wpadasz na pewien genialny pomysł i wychodzisz z pewną inicjatywą. Mówisz swojemu szefowi (który BTW jest też Twoim głównym klientem), że dużo ostatnio nad czymś ważnym myślałeś i chcąc wykorzystać swoje (bogate) doświadczenia przygotujesz dla was nowy wzór umowy X, który zrewolucjonizuje waszą pracę dla klienta Y. Kropka. To co? Zrobisz to zadanie szybko? Zrealizujesz swój genialny pomysł? Może i tak, ale jeśli od razu nadasz temu (realny) termin i wpiszesz w kalendarz (albo w Nozbe czy z czego tam korzystasz) – to już zupełnie inna sytuacja. Właśnie zmieniłeś zasady gry.

Już tak Paktofonika rymowała z dwadzieścia lat temu:

„Zaś w notatniku bądź w kalendarzyku. Notuję zadania i termin wykonania.”

„Chwile Ulotne” Paktofonika

Takie skonkretyzowanie zadania, wiążące się właśnie z określeniem terminu wykonania całkowicie zmienia sytuację. Co prawda taki termin można dość łatwo przełożyć (ale koniecznie na inny konkretny termin), ale to i tak lepsze niż „kiedyś jak będzie trochę czasu”, czasu którego nigdy nie ma za wiele, czy „w grudniu popołudniu”.

Dzięki Bogu za „ostatni termin”.

Czy to termin zawity, prekluzyjny, materialnoprawny czy inny tego typu (stanowczy) jest dobrodziejstwem. No dobra, jak masz udzielić odpowiedzi na tysiąc pytań UOKiKu w przeciągu 14 dni od otrzymania wezwania (którego nikt się u Ciebie nie spodziewał np. w związku z rabatami retrospektywnymi) to nie jesteś super zadowolony (delikatnie mówiąc).

Ale w normalnej sytuacji, w której więcej czy mniej jesteś przygotowany na to, że trzeba coś będzie zrobić, takie narzucenie terminu wykonania sprawia, że jesteś zmotywowany i zdyscyplinowany do tego żeby to zrobić (i to nie kiedyś, tylko w tym właśnie terminie). Problem jest wtedy, gdy ten ostatni termin wykonujemy na ostatnią chwilę.

Żeby wyeliminować cały ten stres i napięcie związane z tym, że działamy w ostatnim terminie używamy tego samego zagrania. Tego samego ruchu. Sami wyznaczamy nasz ostatni termin, który przypada oczywiście wcześniej niż ten narzucony przez prawodawcę. Informujemy więc klienta czy inną osobę zaangażowaną w sprawę, że projekt np. apelacji przygotujemy do dnia przypadającego np. tydzień wcześniej. Wpisujemy w kalendarz. Sprawa załatwiona. Pisanie apelacji nigdy nie zajmuje przecież dwóch tygodni (czy tam 14 dni). Na egzaminie robi się to w kilka godzin i każdy jakoś zdążył, nie? Jeżeli podejdziemy do tego nowego ostatniego terminu jak do starego ostatniego terminu, mamy sprawę załatwioną.

Proste. Banalnie proste, a jednak tak trudne. Wiem z własnego doświadczenia.

Wykonanie dobrze roboty przed czasem to jest to. Świetne uczucie. Buduje i napędza do działania. Polecam każdemu, a przed wszystkim sobie samemu.

Najlepsze jest, że ten sam mechanizm, to samo proste narzędzie można używać w innych sytuacjach. Wyznaczasz termin wykonania i robisz. A jak nie robisz w danym terminie, bo akurat niebo spadło Ci na głowę (czego obawiali się Gallowie), to wyznaczasz nowy termin. Jeżeli zleceniodawcę danego zadania (np. klienta) poinformujesz o takim terminie wykonania zlecenia, zadziała to ze zdwojoną siłą. Przed innymi osobami już nie tak łatwo się wytłumaczyć z opóźnienia (czy raczej zwłoki), niż przed sobą samym. Chociaż może przed sobą samym w cale nie jest łatwiej.

Sam cały czas walczę z prokrastynacją, czego najlepszym przykładem jest ten wpis, który miał powstać dużo, dużo wcześniej. W końcu dałem sobie deadline. Wygląda na to, że zadziałało. Walka z prokrastynacją pewnie nigdy się nie skończy, ale każde nawet małe zwycięstwo ułatwia kolejne bitwy z odwlekaniem.

Do boju i daj mi znać jakie są Twoje doświadczenia czy sposoby.

To tyle na dziś w Rozwojowisku.

Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments